środa, 5 listopada 2014

Jak wygląda czterdziestolatka?

Od czasu do czasu każdemu zdarza się ten niezręczny moment kiedy wyjawić trzeba bez ogródek i ściemniania  datę swoich narodzin. Na przykład - pani ze straszną wagą, która oblicza stosunek tłuszczu w twoim ciele do innych ważnych substancji.
Albo w swobodnej rozmowie, ktoś kogo znasz już jakiś czas, ale może nie aż tak dobrze by wymieniać się urodzinowymi prezentami, nagle wykona w głowie szybkie obliczenie na poziomie drugiej klasy szkoły podstawowej i swobodnie rzucona uwaga: "ja to rodziłam swoje dzieci w okolicach trzydziestki", nagle zamienia się w: "ile? ...serio? ...nie wyglądasz!"

No właśnie, jak wygląda (niemal) czterdziestolatka?

Bo, choć do magicznej 'czwórki z przodu' jeszcze trochę mi brakuje, czuję już jej zimny oddech na karku.

Jak więc zatem wygląda czterdziestolatka i dlaczego właśnie ja - nie? Nie mam przecież figury modelki (pani od strasznej wagi uświadomiła mi to podtykając pod nos tabelę z bezlitosnymi cyferkami), na twarzy mam kurze łapki a pod oczami cienie z niewyspania. Rzadko noszę makijaż a jeśli już to zdecydowanie nie perfekcyjny. Z najnowszymi modowymi trendami jestem na bakier. No i włosy moje, które żyją swoim własnym życiem a fryzjer rozsyła już za nimi listy gończe.
Słowem - daleko mi do ideału. Więc?

A może to właśnie mój sekret? Wyglądam po prostu jak rozczochrana, niepoważna małolata z krzywo pomalowanym okiem! To dopiero temat do przemyśleń.

Wszyscy pamiętamy Madzię Karwowską z serialu "Czterdziestolatek", tak właśnie wyobrażamy sobie kobietę w 'pewnym wieku'.
Ale, czy takie są dzisiejsze czterdziestolatki? Z gładkimi włosami ołówkowych spódnicach i w butach na słupku? Ja nie znam żadnej.
Znam owszem kilka, które w godzinach pracy przebierają się za urzędniczki, pielęgniarki, czy nauczycielki ale one też po południu wciągają tenisówki i biegną na koncert.

Za czasów młodości mojej babci nie do pomyślenia było, by mężatka wyszła z domu bez nakrycia głowy (a pamiętajmy, że za mąż wychodziło się wtedy zdecydowanie wcześniej). Dzisiaj moja mama - babcia siedmiorga wnucząt - biega po mieście nie dość, że z gołą głową to jeszcze w spodniach i to w dodatku jeansowych!

Rzeczy kiedyś niewyobrażalne i szokujące są teraz dla nas normalne. Normalne jest też, że dzisiejsze czterdziestolatki nie wyglądają tak, jak wyobrażaliśmy sobie czterdziestolatka sami będąc dziećmi.

I zobaczycie, dzisiejsze dwudziesto(kilku)latki za kilkanaście lat wy też nie będziecie wyglądały na czterdzieści.

czwartek, 9 października 2014

O polskiej rodzinie

Niezmiennie zastanawia mnie ta mityczna "polska rodzina". Zawsze wydawało mi się, żeby zostać takąż wystarczy być rodziną i zamieszkiwać w Polsce, tymczasem okazuje się że trzeba spełniać jakieś dodatkowe kryteria.
Kryteria są niestety niejasne i niesprecyzowane. A ja nie chciałabym wypaść z obiegu i wolałabym nie obudzić się któregoś dnia by dowiedzieć się, że zostałam wykluczona z klubu.
Ostatnie doniesienia na tym polu skłoniły mnie jednak do zastanowienia się czy to jest aby na pewno klub, do którego chciałabym należeć.

"Polska rodzina" to bowiem zdaniem niektórych twór kruchy na tyle, że jej stabilności zagraża państwowy program pomocy ofiarom przemocy domowej. (Kto jeszcze nie wyrobił sobie własnego zdania - proszę :) http://bit.ly/1BVrfMj)
Krucha jest nawet na tyle, że zrujnować ją może prosty fakt, że ojciec dzieciom odkurzy dywan lub pozmywa naczynia, ba... destrukcyjny potencjał ma nawet samo wspominanie o tym w podręczniku szkolnym.

Czym jest zatem ta wymagająca ochrony "polska rodzina"- czy jest nią idylliczny model w którym wystrojona w fartuszek mama cały dzień spędza w kuchni piekąc ciasta, które potem serwuje uśmiechniętemu potomstwu i małżonkowi wracającym po ciężkim dniu spędzonym na pozadomowych aktywnościach?
Obawiam się, że taka rodzina nie istnieje i nigdy nie istniała - nie ma zatem czego bronić.

Ja na taką definicję się nie zgadzam. Definicję proponowaną najczęściej przez osoby, które o prawdziwych problemach autentycznych,  nie mitycznych, polskich rodzin wiedzą niewiele i z drugiej ręki.
Polska bowiem rodzina, to nie rodzina z reklamy margaryny.

Znalazłaby się może taka jedna, lub dwie, ale żadna z nich nie potrzebuje ochrony czy wsparcia moralnego - zapewniam, że świetnie poradzą sobie same.

Polska rodzina to ta autentyczna, nieidealna czasem naznaczona alkoholizmem i przemocą czasem tylko brakiem zrozumienia czy szacunku dla drugiej osoby.
Polska rodzina to ta, w której dwie pracujące osoby żonglujące między sobą dziećmi, by jakoś wyrobić się z napiętym grafikiem, nie mają czasu by choć przez chwilę naprawdę pobyć ze sobą.
Polska rodzina to taka, w której jeden z rodziców zmuszony jest do pracy z dala od domu, po to żeby zapewnić dzieciom dach nad głową i kartofle na stole.
To także ta, gdzie rozwiedzeni już rodzice, używają dzieci by wzajemnie się na sobie odgryźć.

To są czynniki destrukcyjne dla rodziny (a nie - wyniesiony przez mężczyznę kubeł ze śmieciami) i to takim rodzinom powinno się pomagać i to nie poprzez piętnowanie i zwalczanie, ale poprzez próbę dotarcia do źródła problemu i autentyczną ofertę pomocy.

Ach, no i oczywiście - nie wiem jak dla innych kobiet, ale dla mnie, mój mężczyzna jest najbardziej pociągający wtedy, kiedy wkłada naczynia do zmywarki :)

czwartek, 25 września 2014

O osłach i oślicach

Jak Polska długa i szeroka przez kraj cały przetoczyła się wczoraj informacja o osiołkach z poznańskiego zoo ukaranych za swoje erotyczne wybryki.
Wszyscy o tym słyszeli, prawda?
Grupa oburzonych matek przy wtórze nadgorliwej radnej zażądała odseksualizowania wybiegu dla osłów.

Dlaczego, pytam. Dlaczego na własne życzenie pozbawiać się narzędzia pedagogicznego?

Nieufnie patrzę na szkolne lekcje "wychowania do życia w rodzinie".  Uważam, że edukacja seksualna dzieci należy do rodziców, ba powiedziałabym nawet, że jest koronnym obowiązkiem rodziców.
Dlatego właśnie czekam, tak czekam, aż "na oczach" moich dzieci jakieś osiołki, pieski czy kotki zechcą "pójść na całość", bo to byłaby znakomita okazja do podjęcia tematu - wymówka by potem w domu pokazać obrazek (dostosowany do wieku oczywiście), że my - ludzie - dokładnie tak samo.

Dzieci zadają pytania - wszystkie jakie przyjdą im do głowy. Zapytają "co to jest erekcja?" - w autobusie (bo reklama w radiu), "co to jest tampon?" - w restauracji (bo podsłuchały rozmowę w toalecie). Jeśli miejsce lub czas są nieodpowiednie na takie rozmowy, mówię - "zapytaj mnie o to w domu". Zwykle pytają - wtedy szczerze odpowiadam, czasem zapominają - wtedy uznaję, że widocznie jeszcze nie nadszedł czas.

Od początku kupowałam dzieciom książki o anatomii człowieka, a one zawsze najdłużej zatrzymywały się na rozdziałach o rozmnażaniu, dlaczego?
Dla dziecka to odpowiedź na podstawowe pytania egzystencjalne.
Skąd się wziąłem? Jak to się stało, że tu jestem?

A osiołki? Podobno, dzięki burzy medialnej, znów są razem :) a mi pozostaje mieć nadzieję, że jakieś rozbuchane erotycznie zwierzątka pojawią się i w gdańskim zoo :) albo słoń-gej - eh, to dopiero byłby temat na rozmowę ;)

A co wy o tym myślicie?

środa, 10 września 2014

O całej wiosce i długofalowych efektach

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie poniższa notka, która kilka dni temu obiegła parentingową część blogosfery. Kto jeszcze nie czytał - zapraszam do przeczytania.

http://matkatylkojedna.blogspot.com/2014/09/nie-kupuj-mojemu-dziecku-pierdoek.html#.VA_9CBZQQo1

I powiem tylko, że nie zgadzam się z opinią autorki. Przewrotnie więc odwrócę postulat zawarty w tytule i napiszę własny:
Kupuj mojemu dziecku co tylko zechcesz.

Przeczytałam kiedyś takie zdanie:
"Do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska."

To z pozoru banalne stwierdzenie stało się inspiracją dla całego mojego rodzicielstwa.
Moja rodzina nie jest niezależną wyspą. Żeby wychować dzieci potrzebuję pomocy a prosząc kogoś o nią decyduję się na przyłączenie tej osoby do rodziny.
Dziecko nie jest moją własnością, jest swoim własnym odrębnym bytem.
Jest nie tylko córką/synem, ale też wnukiem, siostrzeńcem, chrześniakiem.
Nie jest bardziej moją córką niż wnuczką swojej babci, to po prosu my dwie mamy wobec niej różne zobowiązania.

Nie wyobrażam sobie żeby babcia, czy ciocia konsultowała się ze mną za każdym razem gdy chce kupić mojemu dziecku taką czy inną zabawkę. Niezależnie od tego jak bardzo badziewna mi się wydaje, dla mojego dziecka jest cudownym skarbem, bo podarowanym z miłością przez kochającą osobę.

I jeszcze jedna refleksja wpadła mi do głowy.
Każdy z nas chciałby wychować niezależne i pewne siebie dziecko, po to żeby mogło stać się w przyszłości szczęśliwym dorosłym.
Gdy dziecko jest malutkie łatwo jest narzucić mu swój pomysł na jego dzieciństwo, kupować mu dizajnerskie ciuszki i dawać wyłącznie edukacyjne zabawki, ale kiedy nasz pulchny bobas staje się dwulatkiem i zaczyna dostrzegać, że ten mały chłopiec w lustrze to on sam wszystko się nagle zmienia. Mały człowiek zaczyna mieć wtedy własne marzenia, pragnienia oraz własny pomysł na to jak chce wyglądać.
Ryzykujemy wtedy, że narzucając mu swoje gusta, nawet w dobrej wierze i w imię kształtowania dobrego smaku, stłamsimy w naszym dziecku to poczucie niezależnosci, które jest przecież naszym celem.
Zastanówmy się wiec na czym nam bardziej zależy - na kształtowaniu "gustu", który jest przecież rzeczą subiektywną i uzależnioną od chwilowej mody czy na długofalowych efektach wychowania.



wtorek, 8 lipca 2014

O oazie spokoju

"Ależ Pani ma żywe dzieci." - usłyszałam dziś od sprzedawczyni w księgarni na temat mojego syna oraz siostrzeńca. Chłopcy wybierali sobie książki śmiali się i wymieniali uwagi na temat oglądanych lektur. Niczego nie zniszczyli ani nie porozrzucali. Jak na mój gust byli wyjątkowo "grzeczni". A tu proszę : "Ja chyba dostałabym nerwicy." - dodaje Pani księgarnianka.
Ja jako wzór oazy spokoju! Każdy, kto zna mnie trochę bliżej, uśmiałby się serdecznie.

wtorek, 1 lipca 2014

O wakacjach

I stało się - po szalonej końcówce roku szkolnego nareszcie się zaczęły. Wakacje.
Dla zmęczonych już, całoroczną bieganiną, małolatów czas wręcz nie do ogarnięcia - 64 dni bez obowiązków.

Pamiętam, kiedy sama byłam dzieckiem, wakacje były czasem magicznym, nie tylko bez obowiązków, ale pełne nowych i fascynujących przygód. Nie trzeba było egzotycznych wyjazdów żeby się świetnie bawić. Wystarczyła zgraja umorusanych dzieciaków na podwórku a każdy z głową pełną pomysłów. Nie potrzebowaliśmy więc żadnego animatora zabaw. 
Rozłożysty krzak bzu stanowił niezdobytą fortecę, kawałek patyka był laserowym mieczem a kilka liści i historyjka z gumy do żucia zakopane pod szkłem - sekretem, który znali tylko wybrani.
Staram się też zapewnić moim dzieciom takie poczucie wolności, choć nie jest to łatwe kiedy zewsząd próbuje się mnie przekonać, że na moje potomstwo nieustannie czyhają setki niebezpieczeństw.

Dla mamy też całkiem nowa sytuacja, bo otóż mam całe 5 dni wolnego (starszak na obozie, młodszak u cioci). Nie licząc oczywiście pracy, ale robienie czegoś co się uwielbia i tylko kiedy ma się ochotę nie liczy się przecież jako praca.
Pięć dni kompletnie bez dzieci to dla mnie prawie tak samo długi czas jak dla mojego potomstwa owe sześćdziesiąt cztery. Pięć dni bez służby jako sędzia pokoju. Pięć dni podczas których przedmioty nie zmieniają magicznie położenia. Pięć dni bez samogenerującego się bałaganu...
I nie zmienia to faktu, że za tą moją progeniturą straszliwie tęsknię i nie mogę się już doczekać kiedy wrócą.

Szczęśliwie drugą połowę nieobecności córki umilą mi mój synek oraz siostrzeniec i na pewno nie będę wtedy narzekać na brak rozrywki.

Pozdrawiam spod stosu świeżo uszytych poduszek :)

:)

sobota, 10 maja 2014

O miłości do czekolady


Dla tych którzy znają mnie osobiście nie jest sekretem,  że jestem babką z nadwagą. Nie lubię tych moich nadprogramowych kilogramów, ale nauczyłam się je akceptować. Moja miłość do czekolady i ciasteczek jest po prostu zbyt wielka, bym potrafiła z nich zrezygnować na rzecz smukłej sylwetki.
Niestety producenci odzieży nie chcą ze mną współpracować w tym temacie.
Znalezienie ubrań w moim rozmiarze graniczy z cudem a kiedy już się uda to okazuje się,  że według rzeczonych producentów, kobieta przybierając na wadze jednocześnie rośnie - wszystkie więc duże ciuchy są na mnie za długie. O niedopasowaniu w biodrach/biuście litościwie nie wspomnę, bo to problem nie tylko 'puszystych' ale wszystkich 'biuściastych' dziewczyn.
Nie byłabym obiektywna gdybym nie wspomniała o sklepach dedykowanych dla dużych pań.  Niestety ich oferta rzadko bywa odpowiednia dla młodych kobiet, do których mam nadzieję,  wciąż się zaliczam. Poza tym często jeśli już coś tam dla siebie znajdę to okazuje się,  że jestem za szczupła (sic!) i nie mają mojego rozmiaru.
Ale nie piszę tego posta by żalić się na swój ciężki los, ale by pochwalić się swoim krawieckim sukcesem.  Otóż uszyłam sobie cudną ołówkową spódnicę. Odpowiedniej długości dopasowaną tak jak trzeba z zamkiem od samego dołu w kontrastowym kolorze... słowem - wymarzoną,  od lat bezskutecznie poszukiwaną.
Może ktoś ma ochotę na podobną?  Chętnie uszyję na wymiar.
Fotki na człowieku (czyli na mnie)  w późniejszym terminie :)

Tył spódnicy                                            i widok od frontu :)

wtorek, 6 maja 2014

O bieganiu

Wtorek to w naszej rodzinie szalony dzień - wszystko w biegu.
To głównie dlatego, że szkolne plany dzieci całkowicie się dziś rozjeżdżają, ale też z powodu zajęć pozalekcyjnych obojga i to podwójnych, bo Zuzia co tydzień musi podjąć ważką decyzję czy wybiera się na "muzy" czy na żagle.
A i jeszcze moje wieczorne zajęcia fitness, na które zaraz wybieram się do cudownej "Nutkolandii" (o "Nutkolandii" napiszę jeszcze kiedyś, bo to miejsce dla nas szczególne).
No właśnie, czy nie za dużo tego?
Człowiek chciałby złapać wszystkie sroki za ogon. Tyle się mówi o przemęczonych zajęciami dodatkowymi dzieciakach. Zastanawiam się czy ja przypadkiem, zupełnie nieświadomie, nie dałam się zapędzić do konkursu na najbardziej zaangażowanego rodzica.
Muszę jednak przyznać, że staram się ograniczać małolatom zajęcia, bo oni chcieliby chodzić na wszystko :)

poniedziałek, 5 maja 2014

O archetypach

Długi weekend oficjalnie się zakończył. Po kilkudniowym lenistwie nastąpił brutalny powrót do rzeczywistości. Pobudka o 6.50 i rytualne zaganianie małolatów do obowiązków szkolnych.

Jedyną pociechą jest cudowanie kolorowa paczuszka, która czekała na mnie w paczkomacie, a która już wkrótce zamieni się w równie kolorowe poduszki i inne cudeńka  (pomysły wciąż wpadają do mojej głowy zbyt szybko, by udało się je wszystkie zrealizować).

Przez cały dłuuugi weekend tłukło się w mojej głowie pytanie - co jest takiego magicznego w przypiekanym na ruszcie mięsie czy też kawałkach marynowanego bakłażana (w wersji wege), że totalnie uwiodło Polaków, urastając wręcz do rangi sportu narodowego?

Stawiam na pierwotny magnetyzm płomienia, który pełni wspólnototwórczą rolę - tak jak w czasach prehistorycznych - ogień w jaskini.

Nie śmieszy mnie więc, jak niektórych felietonistów, dym płonącego węgla drzewnego unoszący się z każdego dostępnego kawałka trawy - lecz wzrusza.
Wzrusza, że mnóstwo ludzi znalazło energię by zamiast wpatrywać się błędnym wzrokiem w telewizor, spotkać się w te wolne dni z rodziną czy przyjaciółmi i poprzebywać przy archetypicznym ogniu - choćby nad kiełbasą z biedronki i rogatym napojem, który podobno świetnie podchodzi do grilla. ;)

My ten czas spędziliśmy rodzinnie - we czwórkę (nie licząc wizyty naszych cudownych sąsiadów) nad polskim morzem - tradycyjnie grillując i inhalując jod w przerwach. A wy?
 
Pod spodem wspomniane podusie "in progress" :)


środa, 30 kwietnia 2014

O siedzeniu w domu

Nigdy nie nadawałam się specjalnie na korporacyjnego szczura. Nie dla mnie  biurowe intrygi i walka o atencje szefa.

Kiedy urodziły się dzieciaki wydawało mi się oczywiste, że zostanę z nimi w domu, tak długo jak będą tego potrzebowały. Problem w tym, że moje postrzeganie tej granicy różni się mocno od poglądu na tę sprawę większości społeczeństwa.

Wymowne uniesienie brwi, na wieść o braku zawodowych ambicji, zbywam zwykle żartem, ale nie jest łatwo zachować poczucie własnej wartości w sytuacji kiedy, zdaniem interlokutora, twoim życiowym celem jest "siedzenie w domu".
I nie, nie chlipię po nocach w poduszkę zastanawiając się co też myślą o mnie sąsiedzi, chcę tylko zaprotestować przeciwko krzywdzącemu stereotypowi.

Matka w domu nie siedzi.
Abstrahuję tu zupełnie od codziennych czynności typu - ścieranie odcisków palców, które w niewyjaśniony sposób wciąż pojawiają się na lustrze, czy rozwieszanie mokrych ubrań na kilometrze sznurka tygodniowo.

Matka w domu nie siedzi.
Matka w domu zajmuje się wychowaniem potomstwa.  Matka w domu objaśnia małoletnim różnice między czarnym a białym (oraz pokazuje, że życie tak naprawdę składa się z szarości). Tego nawet najcudowniejsza nauczycielka w przedszkolu czy świetlicy nie potrafi.
O żonglowaniu zajęciami dodatkowymi (bo nieletni mają życzenie chodzić  na żagle, basen, piłkę, tańce...) nie wspominając.

A tytułem podsumowania zacytuję z pamięci rozmowę z moim synem pierwszoklasistą.

- Ja to lubię chodzić do świetlicy , ale czasem nie lubię.
- A kiedy nie lubisz?
- Jak trzeba śpiewać.
- Przecież ty lubisz śpiewać.
- Jak muszę - to nie lubię.


wtorek, 29 kwietnia 2014

Początek

Postanowiłam znowu zacząć blogować.
Znowu - bo już kiedyś w innym, bezdzietnym życiu pisałam bloga. Później wciągnęło mnie rodzinne życie a opuszczony blog gdzieś tam sobie mieszka w czeluściach internetu.
Dziś, tak trochę bez ostrzeżenia, moje palce znów zatęskniły za klawiaturą.
Co z tego wyniknie? Nie wiem. Będzie trochę o życiu a trochę o mojej raczkującej firemce.
Czy ktoś będzie miał ochotę czytać przemyślenia matki dwojga dorastających małolatów? Zobaczymy.
Zapraszam  :)