sobota, 10 maja 2014

O miłości do czekolady


Dla tych którzy znają mnie osobiście nie jest sekretem,  że jestem babką z nadwagą. Nie lubię tych moich nadprogramowych kilogramów, ale nauczyłam się je akceptować. Moja miłość do czekolady i ciasteczek jest po prostu zbyt wielka, bym potrafiła z nich zrezygnować na rzecz smukłej sylwetki.
Niestety producenci odzieży nie chcą ze mną współpracować w tym temacie.
Znalezienie ubrań w moim rozmiarze graniczy z cudem a kiedy już się uda to okazuje się,  że według rzeczonych producentów, kobieta przybierając na wadze jednocześnie rośnie - wszystkie więc duże ciuchy są na mnie za długie. O niedopasowaniu w biodrach/biuście litościwie nie wspomnę, bo to problem nie tylko 'puszystych' ale wszystkich 'biuściastych' dziewczyn.
Nie byłabym obiektywna gdybym nie wspomniała o sklepach dedykowanych dla dużych pań.  Niestety ich oferta rzadko bywa odpowiednia dla młodych kobiet, do których mam nadzieję,  wciąż się zaliczam. Poza tym często jeśli już coś tam dla siebie znajdę to okazuje się,  że jestem za szczupła (sic!) i nie mają mojego rozmiaru.
Ale nie piszę tego posta by żalić się na swój ciężki los, ale by pochwalić się swoim krawieckim sukcesem.  Otóż uszyłam sobie cudną ołówkową spódnicę. Odpowiedniej długości dopasowaną tak jak trzeba z zamkiem od samego dołu w kontrastowym kolorze... słowem - wymarzoną,  od lat bezskutecznie poszukiwaną.
Może ktoś ma ochotę na podobną?  Chętnie uszyję na wymiar.
Fotki na człowieku (czyli na mnie)  w późniejszym terminie :)

Tył spódnicy                                            i widok od frontu :)

wtorek, 6 maja 2014

O bieganiu

Wtorek to w naszej rodzinie szalony dzień - wszystko w biegu.
To głównie dlatego, że szkolne plany dzieci całkowicie się dziś rozjeżdżają, ale też z powodu zajęć pozalekcyjnych obojga i to podwójnych, bo Zuzia co tydzień musi podjąć ważką decyzję czy wybiera się na "muzy" czy na żagle.
A i jeszcze moje wieczorne zajęcia fitness, na które zaraz wybieram się do cudownej "Nutkolandii" (o "Nutkolandii" napiszę jeszcze kiedyś, bo to miejsce dla nas szczególne).
No właśnie, czy nie za dużo tego?
Człowiek chciałby złapać wszystkie sroki za ogon. Tyle się mówi o przemęczonych zajęciami dodatkowymi dzieciakach. Zastanawiam się czy ja przypadkiem, zupełnie nieświadomie, nie dałam się zapędzić do konkursu na najbardziej zaangażowanego rodzica.
Muszę jednak przyznać, że staram się ograniczać małolatom zajęcia, bo oni chcieliby chodzić na wszystko :)

poniedziałek, 5 maja 2014

O archetypach

Długi weekend oficjalnie się zakończył. Po kilkudniowym lenistwie nastąpił brutalny powrót do rzeczywistości. Pobudka o 6.50 i rytualne zaganianie małolatów do obowiązków szkolnych.

Jedyną pociechą jest cudowanie kolorowa paczuszka, która czekała na mnie w paczkomacie, a która już wkrótce zamieni się w równie kolorowe poduszki i inne cudeńka  (pomysły wciąż wpadają do mojej głowy zbyt szybko, by udało się je wszystkie zrealizować).

Przez cały dłuuugi weekend tłukło się w mojej głowie pytanie - co jest takiego magicznego w przypiekanym na ruszcie mięsie czy też kawałkach marynowanego bakłażana (w wersji wege), że totalnie uwiodło Polaków, urastając wręcz do rangi sportu narodowego?

Stawiam na pierwotny magnetyzm płomienia, który pełni wspólnototwórczą rolę - tak jak w czasach prehistorycznych - ogień w jaskini.

Nie śmieszy mnie więc, jak niektórych felietonistów, dym płonącego węgla drzewnego unoszący się z każdego dostępnego kawałka trawy - lecz wzrusza.
Wzrusza, że mnóstwo ludzi znalazło energię by zamiast wpatrywać się błędnym wzrokiem w telewizor, spotkać się w te wolne dni z rodziną czy przyjaciółmi i poprzebywać przy archetypicznym ogniu - choćby nad kiełbasą z biedronki i rogatym napojem, który podobno świetnie podchodzi do grilla. ;)

My ten czas spędziliśmy rodzinnie - we czwórkę (nie licząc wizyty naszych cudownych sąsiadów) nad polskim morzem - tradycyjnie grillując i inhalując jod w przerwach. A wy?
 
Pod spodem wspomniane podusie "in progress" :)