Długi weekend oficjalnie się zakończył. Po kilkudniowym lenistwie nastąpił brutalny powrót do rzeczywistości. Pobudka o 6.50 i rytualne zaganianie małolatów do obowiązków szkolnych.
Jedyną pociechą jest cudowanie kolorowa paczuszka, która czekała na mnie w paczkomacie, a która już wkrótce zamieni się w równie kolorowe poduszki i inne cudeńka (pomysły wciąż wpadają do mojej głowy zbyt szybko, by udało się je wszystkie zrealizować).
Przez cały dłuuugi weekend tłukło się w mojej głowie pytanie - co jest takiego magicznego w przypiekanym na ruszcie mięsie czy też kawałkach marynowanego bakłażana (w wersji wege), że totalnie uwiodło Polaków, urastając wręcz do rangi sportu narodowego?
Stawiam na pierwotny magnetyzm płomienia, który pełni wspólnototwórczą rolę - tak jak w czasach prehistorycznych - ogień w jaskini.
Nie śmieszy mnie więc, jak niektórych felietonistów, dym płonącego węgla drzewnego unoszący się z każdego dostępnego kawałka trawy - lecz wzrusza.
Wzrusza, że mnóstwo ludzi znalazło energię by zamiast wpatrywać się błędnym wzrokiem w telewizor, spotkać się w te wolne dni z rodziną czy przyjaciółmi i poprzebywać przy archetypicznym ogniu - choćby nad kiełbasą z biedronki i rogatym napojem, który podobno świetnie podchodzi do grilla. ;)
My ten czas spędziliśmy rodzinnie - we czwórkę (nie licząc wizyty naszych cudownych sąsiadów) nad polskim morzem - tradycyjnie grillując i inhalując jod w przerwach. A wy?
Pod spodem wspomniane podusie "in progress" :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz