Jak Polska długa i szeroka przez kraj cały przetoczyła się wczoraj informacja o osiołkach z poznańskiego zoo ukaranych za swoje erotyczne wybryki.
Wszyscy o tym słyszeli, prawda?
Grupa oburzonych matek przy wtórze nadgorliwej radnej zażądała odseksualizowania wybiegu dla osłów.
Dlaczego, pytam. Dlaczego na własne życzenie pozbawiać się narzędzia pedagogicznego?
Nieufnie patrzę na szkolne lekcje "wychowania do życia w rodzinie". Uważam, że edukacja seksualna dzieci należy do rodziców, ba powiedziałabym nawet, że jest koronnym obowiązkiem rodziców.
Dlatego właśnie czekam, tak czekam, aż "na oczach" moich dzieci jakieś osiołki, pieski czy kotki zechcą "pójść na całość", bo to byłaby znakomita okazja do podjęcia tematu - wymówka by potem w domu pokazać obrazek (dostosowany do wieku oczywiście), że my - ludzie - dokładnie tak samo.
Dzieci zadają pytania - wszystkie jakie przyjdą im do głowy. Zapytają "co to jest erekcja?" - w autobusie (bo reklama w radiu), "co to jest tampon?" - w restauracji (bo podsłuchały rozmowę w toalecie). Jeśli miejsce lub czas są nieodpowiednie na takie rozmowy, mówię - "zapytaj mnie o to w domu". Zwykle pytają - wtedy szczerze odpowiadam, czasem zapominają - wtedy uznaję, że widocznie jeszcze nie nadszedł czas.
Od początku kupowałam dzieciom książki o anatomii człowieka, a one zawsze najdłużej zatrzymywały się na rozdziałach o rozmnażaniu, dlaczego?
Dla dziecka to odpowiedź na podstawowe pytania egzystencjalne.
Skąd się wziąłem? Jak to się stało, że tu jestem?
A osiołki? Podobno, dzięki burzy medialnej, znów są razem :) a mi pozostaje mieć nadzieję, że jakieś rozbuchane erotycznie zwierzątka pojawią się i w gdańskim zoo :) albo słoń-gej - eh, to dopiero byłby temat na rozmowę ;)
A co wy o tym myślicie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz