"Ależ Pani ma żywe dzieci." - usłyszałam dziś od sprzedawczyni w księgarni na temat mojego syna oraz siostrzeńca. Chłopcy wybierali sobie książki śmiali się i wymieniali uwagi na temat oglądanych lektur. Niczego nie zniszczyli ani nie porozrzucali. Jak na mój gust byli wyjątkowo "grzeczni". A tu proszę : "Ja chyba dostałabym nerwicy." - dodaje Pani księgarnianka.
Ja jako wzór oazy spokoju! Każdy, kto zna mnie trochę bliżej, uśmiałby się serdecznie.
wtorek, 8 lipca 2014
wtorek, 1 lipca 2014
O wakacjach
I stało się - po szalonej końcówce roku szkolnego nareszcie się zaczęły. Wakacje.
Dla zmęczonych już, całoroczną bieganiną, małolatów czas wręcz nie do ogarnięcia - 64 dni bez obowiązków.
Pamiętam, kiedy sama byłam dzieckiem, wakacje były czasem magicznym, nie tylko bez obowiązków, ale pełne nowych i fascynujących przygód. Nie trzeba było egzotycznych wyjazdów żeby się świetnie bawić. Wystarczyła zgraja umorusanych dzieciaków na podwórku a każdy z głową pełną pomysłów. Nie potrzebowaliśmy więc żadnego animatora zabaw.
Rozłożysty krzak bzu stanowił niezdobytą fortecę, kawałek patyka był laserowym mieczem a kilka liści i historyjka z gumy do żucia zakopane pod szkłem - sekretem, który znali tylko wybrani.
Staram się też zapewnić moim dzieciom takie poczucie wolności, choć nie jest to łatwe kiedy zewsząd próbuje się mnie przekonać, że na moje potomstwo nieustannie czyhają setki niebezpieczeństw.
Dla mamy też całkiem nowa sytuacja, bo otóż mam całe 5 dni wolnego (starszak na obozie, młodszak u cioci). Nie licząc oczywiście pracy, ale robienie czegoś co się uwielbia i tylko kiedy ma się ochotę nie liczy się przecież jako praca.
Pięć dni kompletnie bez dzieci to dla mnie prawie tak samo długi czas jak dla mojego potomstwa owe sześćdziesiąt cztery. Pięć dni bez służby jako sędzia pokoju. Pięć dni podczas których przedmioty nie zmieniają magicznie położenia. Pięć dni bez samogenerującego się bałaganu...
I nie zmienia to faktu, że za tą moją progeniturą straszliwie tęsknię i nie mogę się już doczekać kiedy wrócą.
Szczęśliwie drugą połowę nieobecności córki umilą mi mój synek oraz siostrzeniec i na pewno nie będę wtedy narzekać na brak rozrywki.
Pozdrawiam spod stosu świeżo uszytych poduszek :)
Dla zmęczonych już, całoroczną bieganiną, małolatów czas wręcz nie do ogarnięcia - 64 dni bez obowiązków.
Pamiętam, kiedy sama byłam dzieckiem, wakacje były czasem magicznym, nie tylko bez obowiązków, ale pełne nowych i fascynujących przygód. Nie trzeba było egzotycznych wyjazdów żeby się świetnie bawić. Wystarczyła zgraja umorusanych dzieciaków na podwórku a każdy z głową pełną pomysłów. Nie potrzebowaliśmy więc żadnego animatora zabaw.
Rozłożysty krzak bzu stanowił niezdobytą fortecę, kawałek patyka był laserowym mieczem a kilka liści i historyjka z gumy do żucia zakopane pod szkłem - sekretem, który znali tylko wybrani.
Staram się też zapewnić moim dzieciom takie poczucie wolności, choć nie jest to łatwe kiedy zewsząd próbuje się mnie przekonać, że na moje potomstwo nieustannie czyhają setki niebezpieczeństw.
Dla mamy też całkiem nowa sytuacja, bo otóż mam całe 5 dni wolnego (starszak na obozie, młodszak u cioci). Nie licząc oczywiście pracy, ale robienie czegoś co się uwielbia i tylko kiedy ma się ochotę nie liczy się przecież jako praca.
Pięć dni kompletnie bez dzieci to dla mnie prawie tak samo długi czas jak dla mojego potomstwa owe sześćdziesiąt cztery. Pięć dni bez służby jako sędzia pokoju. Pięć dni podczas których przedmioty nie zmieniają magicznie położenia. Pięć dni bez samogenerującego się bałaganu...
I nie zmienia to faktu, że za tą moją progeniturą straszliwie tęsknię i nie mogę się już doczekać kiedy wrócą.
Szczęśliwie drugą połowę nieobecności córki umilą mi mój synek oraz siostrzeniec i na pewno nie będę wtedy narzekać na brak rozrywki.
Pozdrawiam spod stosu świeżo uszytych poduszek :)
![]() | |
| :) |
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
