Nigdy nie nadawałam się specjalnie na korporacyjnego szczura. Nie dla mnie biurowe intrygi i walka o atencje szefa.
Kiedy urodziły się dzieciaki wydawało mi się oczywiste, że zostanę z nimi w domu, tak długo jak będą tego potrzebowały. Problem w tym, że moje postrzeganie tej granicy różni się mocno od poglądu na tę sprawę większości społeczeństwa.
Wymowne uniesienie brwi, na wieść o braku zawodowych ambicji, zbywam zwykle żartem, ale nie jest łatwo zachować poczucie własnej wartości w sytuacji kiedy, zdaniem interlokutora, twoim życiowym celem jest "siedzenie w domu".
I nie, nie chlipię po nocach w poduszkę zastanawiając się co też myślą o mnie sąsiedzi, chcę tylko zaprotestować przeciwko krzywdzącemu stereotypowi.
Matka w domu nie siedzi.
Abstrahuję tu zupełnie od codziennych czynności typu - ścieranie odcisków palców, które w niewyjaśniony sposób wciąż pojawiają się na lustrze, czy rozwieszanie mokrych ubrań na kilometrze sznurka tygodniowo.
Matka w domu nie siedzi.
Matka w domu zajmuje się wychowaniem potomstwa. Matka w domu objaśnia małoletnim różnice między czarnym a białym (oraz pokazuje, że życie tak naprawdę składa się z szarości). Tego nawet najcudowniejsza nauczycielka w przedszkolu czy świetlicy nie potrafi.
O żonglowaniu zajęciami dodatkowymi (bo nieletni mają życzenie chodzić na żagle, basen, piłkę, tańce...) nie wspominając.
A tytułem podsumowania zacytuję z pamięci rozmowę z moim synem pierwszoklasistą.
- Ja to lubię chodzić do świetlicy , ale czasem nie lubię.
- A kiedy nie lubisz?
- Jak trzeba śpiewać.
- Przecież ty lubisz śpiewać.
- Jak muszę - to nie lubię.
Ojj tak, bo matka siedzi i pierdzi w stołek - ot, tylko tyle. A, przepraszam, jeszcze paznokcie maluje ;)
OdpowiedzUsuńI plotkuje, plotkuje z innymi matkami w piaskownicy :)
Usuń